piątek, 28 marca 2014

Memo smakowe

Nie mam czasu na posty. Nie mam czasu na blog. Nie mam czasu na kawę z koleżanką. Nie mam czasu na sen. Nie mam czasu na nic ostatnio. Dołujące? Czy ja wiem.. Akcja "Dwa słowa na dwa lata to o 270 słów za mało" trwa, mimo zastraszeń ;)

Ale sobie spokojnie dzisiaj siedziałam, testowałam joomlę 2.5 (ktoś zna?!), a tu nagle Facebook. Kto to? co to? - myślę. A to Kajka Roo z
Projekt: Człowiek mnie wywołała do tablicy :) A dyskusja była o zapachowym memo. Z Matką Polką.

Powiem Wam, że istnieje też coś takiego, jak memo smakowe. Tak, już to wyprodukowano :) To obrazki i 40 cukiereczków do ssania. Dzieci po smaku cukierka mają znaleźć obrazek. Fajna sprawa, ale.. no właśnie jest "ale". Skład cukierków. Sama chemia.

I tak sobie pisałam na fejsie i.. olśnienie, żarówka! Zaraz wpada Kacper, zrobię mu memo smakowe. A, że się sprawdziło, grzecznie opisuję jak było.
Tylko wiecie.. zdjęcia fatalne, bo w czasie zajęć robione :)

Najpierw Kacper wpadł jak burza :) Moja zabawa z memo jest interdyscyplinarna, zresztą sami zobaczcie.
1. Smaki najpierw trzeba poznać. Nie wiem przecież co chłopak zna, a co nie.
Poszliśmy do kuchni i przygotowaliśmy sobie: miętę do picia, kawałek jabłka na przegrychę, polizaliśmy połówkę cytryny, posmakowaliśmy soków jabłkowego i pomarańczowego. Dla przypomnienia sprawdziliśmy jak smakuje sól i cukier.

2. Naszykowałam wcześniej planszę, o taką. W swoim sekretnym zeszycie :)
 
3. Zadaniem Kacpra było rozpoznać ilustracje i podpisać je. Jakoś poszło. Kacper nieźle czyta, więc falbanki tylko pod długą POMARAŃCZĄ
 
4. I zabawa: przygotowałam smaki wcześniej w kieliszkach do jajek na miękko
 
5. Kieliszki schowałam pod szal, Młodemu zawiązałam oczy. Zadaniem Kacpra było smakowanie płynów z kieliszków.
 
6. ...i dopasowanie do obrazka.
 
Dodam, że wyglądało to śmiesznie i było lekko męczące: wiązanie oczu, podawanie przeze mnie kieliszka (żeby z wiązanymi oczami nie strącił reszty), smakowanie z kieliszka, mówienie co to, (jeśli prawidłowo Kacper zdejmował opaskę z oczu i kładł na planszę, jeśli źle - odkładał kieliszek na miejsce). Następnym razem pomyślę o sześciu niekapkach :)
Ale! Zabawa nam się udała! :) Także tego :) polecam :)

wtorek, 25 marca 2014

Post z ksiezyca. Znowu bedzie o akcji :)

Sorry,

tych postów 'akcjowych' chyba będzie trochę więcej niż myślałam :)
Wczoraj na blogu Matki Tylko Jednej hejcik rasowy na akcję. Chociaż teoretycznie nie na akcje, a na plakat. Bo straszy. Bo bije po oczach. Bo matki (rodzice!) po nocach nie śpią przezeń... okropności jednym słowem. Powinnyśmy się biczować z dziewczynami i na kolanach do Częstochowy iść przepraszając, ze wpadłyśmy na taki okropniasty pomysł jak akcja. I jeszcze śmiałyśmy książki czytać!!! A w nich, ze dwulatek 300 słów mówi! Przecież w Internecie tak nie piszą, więc skąd my, do licha, wzięłyśmy te 300 słów?!

Z ksieżyca.

Albo z ziemi, jak kto woli.

Wszak gdzież indziej można znaleźć - uwaga! - książki?! 

Drogie Nieprzekonane Mamy, Drodzy Nieprzekonani Tatusiowie.
Nie oszukujmy się - to my jesteśmy logopedami, to my studiowałyśmy, to my na codzień pracujemy z niemówiącymi dziećmi. Nie jesteśmy alfami i omegami - nie... ale na rozwoju mowy znamy się lepiej niż niejeden z Was. Tak samo jak Wy lepiej projektujecie mosty, programujecie w C++, edytujecie w programach graficznych, robicie zdjęcia, gotujecie czy wycinacie wyrostki. Wy jesteście specjalistami w swojej dziedzinie - my w swojej. Nikogo nie zmusimy do udania się na konsultacje, ba! nawet zmuszać nie zamierzamy, bo listy w wielu gabinetach już pełne. Ale nie piszcie nam, że na temat 'dwulatek mówi 300 slow' każdy może mieć swoje zdanie. NIE MOŻE: Zdanie jest jedno i jest to zdanie wielu specjalistów logopedów. I nie mówię o nas - skromnych koordynatorkach akcji, ale o sławach w tej dziedzinie: Kaczmarku, Styczek, Zarębinie, Cieszyńskiej czy Demelowej. Chcecie sprawdzić czy mówimy prawdę? Zajrzyjcie do biblioteki, nie do Internetu. Zajrzyjcie do żłobka, tylko nie takiego, w którym bez przerwy gra TV...

Nie rozumiem komentarzy w stylu: Akcja fajna, ale przesadzona, bo moje dziecko się rozgadało jak miało 3 lata, to wasze tez się rozgada. Ale akcja fajna...  Jak dla mnie zdania wykluczające się, ale podobno lepsza jestem w myciu okien, niż logopedii, więc.. ok :)

Akcja nie jest darmowa. O nie! My logopedzi robimy sobie reklamę! Zwłaszcza ci z nas, którzy będą przyjmować w publicznych szkołach, przedszkolach i żłobkach. I poradniach psychologiczno - pedagogicznych. A jak już u któregoś malucha 'coś' wykryjemy, to przykujemy w naszych prywatnych logopedycznych gabinetach do kaloryfera i będziemy krzyczeć 'Płać, rodzicu!'... Bo przecież nie wyślemy do laryngologa/psychiatry/foniatry i nie powiemy 'Może Pani skorzystać z PPP lub logopedy na NFZ'. O nie!

I ostatnia sprawa: kto zna bogatego logopedę łapka w górę! Ja podnoszę obie!! ZNAM! A jakże! Sama do biednych nie nalezę: mam samochód, duże mieszkanie, fajne ciuchy, drogi zegarek i... świetnie zarabiającego męża - specjalistę w mega-wąskiej dziedzinie :) Czy pracuję? Pewnie, w szkole na państwowym etacie :) I luzz :)

Mam jeszcze coś: kocham swoją pracę. Jest moja pasją i poniekąd moim życiem. I szkoda mi CODZIENNIE patrzeć na niemówiące dwu-, trzy- i czterolatki z frustracją w oczach, bo 'proszę pani, to chłopiec, bo dwujęzyczny, bo jego dziadek od strony ojca tez późno mówił, bo....' Popatrzcie na Wasze maluchy, drodzy hejtujący i zadajcie sobie pytanie: czy naprawdę warto czekać? Czy lepiej spać spokojnie?

poniedziałek, 24 marca 2014

Wykluczanie. Wyższa forma kategoryzacji

 Wykluczanie ze zbioru to wyższa forma kategoryzacji. Dlaczego wyższa? Ano dlatego, że aby wykluczać, trzeba umieć kategoryzować. 


Od czego zacząć? Zakładam, że jeśli dziecko ma wykluczać ze zbioru, to kategoryzuje zarówno tematycznie, jak i atematycznie. Na wszelki wypadek zaczynamy jednak od prostych zbiorów atematycznych.

Zawsze zaczynamy wykluczać od koloru, bo to najłatwiejsze.



Po kolorze przechodzimy do wykluczenia kształtu




.. i wielkości



Oczywiście liczymy się z tym, że po mniej więcej tygodniu, nasze dziecko będzie miał serdecznie dość wykluczania na tych elementach. Jak zatem bawić się inaczej?
W kuchni!
Wykluczanie wg koloru



Wykluczanie wg kształtu



Wykluczanie wg wielkości



Banalne? Dla nas tak, dla malucha niekoniecznie.

Kiedy jednak opanuje już wykluczanie ze zbiorów atematycznych, czas na zbiory tematyczne. Tworzymy je dowolnie od naszego pomysłu: szczotka, grzebień, mydło - co nie pasuje? Krzesło, stół, sok - co nie pasuje? Pamiętajmy, że są to kategorie wzrokowe - dziecko musi widzieć przedmioty, aby je wykluczyć.

Możemy też ćwiczyć na obrazkach z gier. Co nie pasuje?



I ostatnie wykluczenie: najtrudniejsze. Wykluczanie słuchowe. MÓWIĘ do dziecka: nos, oko, noga - co nie pasuje? Dziecko samo musi wpaść na pomysł bez obrazka i podpowiedzi. To wykluczenie jest tylko dla dzieci mówiących. :)

piątek, 21 marca 2014

Dwa słowa o akcji "Dwa słowa na dwa lata..."

Po pierwsze, najważniejsze: dwulatek mówi. Zdrowy, niezaburzony dwulatek mówi około 300 słów. Mówią o tym badania naukowe L. Kaczmarka, M. Zarębiny, J. Cieszyńskiej, M. Żebrowskiej, B. Harwas - Napierały, I. Styczek.
.

Po drugie: i ojciec polskiej logopedii, Leon Kaczmarek, i matka - Maria Zarębina - podali definicję "słowo" u dwuletniego dziecka. Według nich jest to taka zbitk...
a głosek, która posiada znaczenie. Oznacza to, że "mama" jest słowem, "tata" jest słowem, "hau hau" oznaczające ZAWSZE psa jest słowem oraz "koko" oznaczające ZAWSZE kurę jest słowem. Słowami w ustach takiego dziecka są również sylaby, pod warunkiem, że ZAWSZE oznaczają ten sam przedmiot/tę samą osobę/to samo odczucie - czyli, jeśli dziecko ZAWSZE woła na bułkę "bu", a na mleko "le", to to już są dwa kolejne słowa. Nawet jeśli to samo dziecko będzie wołało "bu" na buty - zaliczamy tę sylabę jako kolejne słowo. Naprawdę nikt z nas nie wymaga od dwulatka, żeby mówił elaboraty z [sz], [cz] i [r].

Po trzecie: Dziecko dwuletnie, to NIE jest dziecko w dniu swoich drugich urodzin. Mianem dwulatka określa się w logopedii malucha w przedziale 21. m-c życia - 27 m-c życia. Oznacza to, że logopeda dopuszcza istnienie rozwoju skokowego u dzieci i wie, że w 24. m.ż. dziecko może mówić mało. Ale jeśli skok nie pojawi się do 27.m.ż. to coś jest nie tak.

Po czwarte: Plakat NIGDZIE nawet słowem nie wspomina o tym, że dwulatek musi układać poprawne gramatycznie i stylistycznie zdania. Bo nie musi. Dwulatek powinien umieć złożyć dwa słowa w zdanie, ale o tym też nie ma mowy na powyższym plakacie.

Po piąte: Są dzieci, na których rozwój mowy trzeba po prostu czekać. Jest ich 20% z ogółu wszystkich dzieci niemówiących (polecam badania prof. Cieszyńskiej). Ale tylko logopeda - na podstawie obserwacji innych funkcji poznawczych dziecka - jest w stanie stwierdzić czy ten rozwój nastąpi samoistnie czy potrzebna będzie stymulacja.

Dlatego polecam serdecznie wszystkim Rodzicom niemówiących dwulatków akcję.

Pozdrawiam ciepło,

Katarzyna Czyżycka - "Głoska"
logopeda
 

czwartek, 20 marca 2014

Dysleksja? Dyslekcja? Czy ki diabeł?

Są tematy, których podejmować z całego serca nie znoszę. Tematy, których nie lubię podejmować, ale tylko na blogu. Dlaczego? Dlatego, że - z doświadczenia - wiem, iż zaraz pod tym tekstem będą komentarze w stylu "a nieprawda, bo moje dziecko tak i tak, wiec na pewno nie ma pani racji" oraz "o matko! a mój syn spośród 14 podanych objawów ma aż 2, czyli na pewno cierpi na to zaburzenie". A wrrr ;/ Właśnie dlatego o dysleksji wolę rozmawiać z rodzicami konkretnego dziecka.

Ale dzisiaj przyszedł czas na tekst. Dlaczego? Dlatego, że jest akcja. Akcja "Dwa słowa na dwa lata to o 270 słów za mało". I często, bardzo często, spotykam się z zarzutami "a mój syn zaczął mówić jak miał 3 lata i nic mu nie jest"... No tak, teoretycznie nic mu nie jest. Uszy ma, ręce ma, język też. Patrzy, słyszy, mówi, śpiewa, biega - zdrów. Fakt. Około 20% dzieci wychodzi z opóźnionego rozwoju mowy bez szwanku. Pozostała część cierpi na całościowe zaburzenia rozwoju, niedosłuch lub... dysleksję właśnie. Tyle tylko, że prawie żaden rodzic dysleksji z ORMem nie wiąże. Bo jak?

Opowiem Wam zatem dzisiaj o dysleksji. Chorobie? NIE... Dysleksja chorobą nie jest. Jest zaburzeniem. Zaburzeniem powodowanym prawdopodobnie przez mikrouszkodzenie mózgu (tyci tyci), które powoduje, że przetwarzanie językowe jest trochę inne niż u ludzi na dysleksję nie cierpiących. Wybaczcie, szczegóły zachowam dla siebie :)

Nazwa dysleksji zgubnie kojarzy się głownie z kłopotami z czytaniem i pisaniem ("leksio" to po łacinie "czytać"). Jednak dysleksja to przede wszystkim problemy z kierunkowością, linearnym przetwarzaniem, które tak naprawdę dopiero podczas nauki czytania "wychodzą z szafy".


Co może wskazywać na to, że dziecko jest w gronie maluchów zagrożonych dysleksją?

- dysleksja w rodzinie (NIE: zaświadczenie o dysleksji. Dysleksja.)

- zaburzenia ciąży i porodu, wcześniactwo,
- leworęczność w rodzinie,
- dysharmonie w rozwoju psychoruchowym w okresie niemowlęcym,
- skrzyżowana lateralizacja u obojga rodziców,
- oburęczność utrzymująca się po 3. r.ż.,
- trudności z ubieraniem się,
- problemy z porannym wstawaniem,
- niechęć do jazdy na trój- i czterokołowym rowerze,
- trudności w opanowaniu jazdy na dwukołowym rowerze,
- kłopoty z odrysowywaniem wg wzoru,
- problemy z naśladowaniem i układaniem sekwencji,
- trudności z naśladowaniem sekwencji ruchów,
- problemy z naśladowaniem naprzemiennych ruchów języka, warg, żuchwy,
- kłopoty z opanowaniem słownictwa związanego z czasem,
- długo utrzymujący się nieprawidłowy chwyt łyżki i kredki,
- brak łączenia dwóch wyrazów do ukończenia 2.r.ż.
- opóźniony rozwój mowy,
- wady wymowy,
- zaburzenia uwagi słuchowej (w tym problemy z powtórzeniem nazw i nazwisk w obcym języku),
- trudności z rozumieniem mowy w hałasie,
- trudności z użyciem przyimków,
- trudności z zapamiętaniem imion koleżanek i kolegów, własnego adresu,
- trudności z przypominaniem sobie zdarzeń z przeszłości,
- trudności z opowiedzeniem bajki

(na podst. J. Cieszyńskiej)


Jak to wygląda w praktyce? Otóż mamy przed sobą mało mówiącego dwulatka, który nie umie powtórzyć sekwencji ruchów (bo jeszcze taki malutki i niezgrabny jest), nie łączy dwóch wyrazów w zdanie (bo skoro nie mówi, to jak ma łączyć?). Potem ten 2latek staje się NAGLE rozgadanym 3latkiem z wadą wymowy (tak, u 3latka można stwierdzić wadę wymowy), z nieumiejętnością odwzorowania wzoru na kartce (wzoru dopasowanego do możliwości 3latka)  i oburęcznego. I taka mama najczęściej pisze w komentarzach pod akcją ten słynny cytat: "A nieprawda! Bo mój zaczął mówić jak miał 3 lata i nic mu nie jest!". Droga Mamo, porozmawiamy w 1. klasie :)

Czy dysleksja może być nabyta? Tak.
Dzisiejszy świat i jego "obrazowość" (wszelkie screeny) przyśpieszają dojrzewanie prawej półkuli mózgu, wskutek czego dziecko rozwija się nieharmonijnie. Jak zapobiec? Unikać screenów (w tym oglądania bajek, TV, laptopów itp. itd.)
Oprócz tego dzieciaki z problemami ze słuchem (każdym: fonemowym, fizjologicznym), które są uczone czytania przez głoskowanie - zaczynają mieć problemy natury dyslektycznej.

Czy dysleksja rzutuje na dorosłe życie? TAK. I nie chodzi o błędy ortograficzne, bo fakt, Word podkreśla wyrazy z bykami na czerwono. Ale wyobrażacie sobie, że nie umiecie czytać? Albo, że umiecie czytać ze zrozumieniem tylko początki tekstu? Znam taką jedną panią: W tekście jest napisane, że "to coś jest czerwone, ma kropki i rośnie w lesie". Pani jednym słowem odpowiada, że biedronka. Wszak czerwona i ma kropki. Ba! Pani nie przyjmuje do wiadomości, że czytać ze zrozumieniem nie potrafi do końca i kłóci się o tę biedronkę strasznie. Ale mniejszaztym :)


Wyobrażacie sobie, że ciągle mylicie lewą z prawą stroną (okey, wiem, że to nietrudne do wyobrażenia przez panie) oraz, że chodząc z mapą musicie ją obkręcać? Że nie jesteście w stanie opanować trudnych dla Was nazwisk? Że nie umiecie, choćby nie wiem co, nauczyć się drugiego języka?! W dzisiejszych czasach?! To własnie jest dysleksja.

Czy dysleksja może występować tylko w jednym języku u dzieci dwujęzycznych? NIE. Ale może być tak wyćwiczona tylko w jednym języku, że widać ją tylko w drugim :) I wtedy - rzeczywiście - przejawia się tylko w zaburzeniach czytania i pisania.

To w jaki sposób ćwiczona jest dysleksja u dzieci szkolnych, które czytają i piszą, to nie jest moja działka. Zostawiam pedagogom.

Wiem jedno: można zapobiegać dysleksji już na wczesnym stadium rozwoju. Biologii nie oszukamy, nie wyleczymy dys, bo na to nie ma lekarstwa. Ale można nauczyć mózg innego przetwarzania informacji. Między innymi poprzez stymulowanie rozwoju mowy

Zatem, droga Mamo, Twój dwulatek nie mówi?

Skorzystaj z akcji, idź do logopedy.

poniedziałek, 17 marca 2014

Puzzle

"Głoska" ma problem poważny, więc "Głoska" się obija. Chyba czas zmienić podpis na blogu na imię i nazwisko. 

Opowiem Wam dzisiaj troszkę o puzzlach. Ponieważ często o nie pytacie w mailach, więc stwierdziłam, że na szybko przedstawię Wam "problem" puzzli, który wcale problemem nie jest. Zaczynamy? :)


Ustalmy na początku co to są puzzle.

Otóż PUZZLE to wszystkie układanki, których zadaniem jest dopasować do siebie elementy tak, aby powstał obraz. Czyli puzzlami są zarówno puzzle w potocznym rozumieniu tego słowa (dwa elementy z "haczykiem"):


 jak i obrazki pocięte na części.




Teraz tak: jeśli psychologowie piszą na tablicach dla trzylatków, że trzylatek potrafi złożyć puzzle kilkuelementowe, to mają na myśli te drugie puzzle :) czyli obrazki pocięte.

Dlaczego?

Dlatego, że puzzle - w potocznym tego słowa znaczeniu - dzieciaki układają nie obrazkiem, a haczykiem. Pewnie mi nie uwierzycie, ale widziałam w swojej "karierze" kilku małych chłopców z ZA, którzy genialnie złożyli puzzle od tyłu :)) Od strony podkładki. Złożone perfect, właśnie po haczykach. Taaaak, i wiem, że zaraz usłyszę, że w puzzlach dla dzieci wszystkie haczyki są takie same :)

Druga sprawa - w związku z powyższym puzzle uczą:

a) precyzji rączki,

b) koordynacji ręka - ok
Nie uczą analizy i syntezy wzrokowej. Dlaczego? A bo haczyk można dopasować np. tak :)





A po trzecie wreszcie czasem śmiać mi się chce, jak przyjdzie mama do gabinetu i się chwali, że jej trzylatek to spokojnie składa puzzle z 40 elementów. No to daję mu takie puzzle. A on siedzi, patrzy, patrzy, siedzi, kręci.. coś próbuje, ale żeby umiał?

Mama: "Bo on TE umie, nie panine!" 
Aha.. moich 40elementowych nie umie, mamy umie. Jaki z tego wniosek? Że je zna na pamięć :)


Jak zrobić obrazki samemu?
Najprościej: wziąć jakikolwiek obrazek z gazety, przeciąć i już. Pamiętajmy tylko o tym, żeby ciąć na oczach dziecka. Dla młodszych dzieci można się też zaopatrzyć w "Symetrię" Adamigo. Polecam :)




Ale można też samemu namalować :)




Jeśli chodzi o stopień trudności, to

a) kolorami
- najłatwiejsze są zdjęcia
- potem kolorowe obrazki
- potem obrazki czarnobiałe
b) sposób cięcia
- pion
 -poziom
Nie patrzeć na twarz tego kogoś! :)






-skos



TEORETYCZNIE, prawie- trzylatek składa obrazek z dwóch części (w tym skos), prawie - czterolatek z trzech części (w tym skos) itd.

A Wasze pociechy? Jaki obrazek potrafią złożyć?

czwartek, 13 marca 2014

Powtarzanie, rozumienie, nazywanie


Wiecie jak się uczymy? 
Przez powtarzanie. Pisałam o tym, więc powtarzać się nie będę :) 

Powtarzanie to pierwotna umiejętność człowieka. I większość z Was - moje Mamy - doskonale o tym wie, nie tylko z Głoski. Ale często, bardzo często, dostaję maile "Pani Kasiu! Bo ja jej powtarzam, powtarzam, a ona nie nazywa".
Cóż. Prawda jest taka, że między powtarzaniem a nazywaniem, to daleka droga. Najpierw dziecko musi ZROZUMIEĆ. A dopiero potem nazwać.


Rozumienie to nie jest taka prosta czynność. Żeby bowiem coś zrozumieć, trzeba to milion pięćset razy... powtórzyć :) Z polskiego na nasze...

Wyobraźcie sobie, że jesteście w laboratorium fizycznym. Przed Wami profesor, który pokazuje Wam, jak "zmusić" wiązkę promieniowania X do przejścia przez metalową rurkę, aby potem rzucić nią na chrom. Pokazał. Teraz Waszym zadaniem jest odtworzyć doświadczenie. Która się podejmuje??


A teraz sytuacja druga. Ten sam profesor, to samo laboratorium, to samo doświadczenie. Tylko proces odtwarzania inny: najpierw profesor pokazuje doświadczenie, potem na nowo zmusza wiązkę do przejścia przez metal, czeka aż Wy zrobicie to samo, potem rzuca wiązką na chrom i czeka na Was. Kolejnym etapem dopiero jest etap samodzielnego wykonania doświadczenia. Nieprawdaż, że teraz jest prościej? Bo zanim zrobiłyście same, mogłyście powtórzyć. Ba! Część może nawet pojęła :)) (ja nie :P)

Tak samo jest z dziećmi. Najpierw muszą coś powtórzyć kilkadziesiąt razy, żeby zrozumieć i nazwać. Zatem powtarzaj swojemu dziecku kilka razy w tygodniu, że to jest konik, potem pytaj gdzie konik?, a na końcu domagaj się odpowiedzi na pytanie "co to?"


Post powstał dla tych, którzy pisali w mailach, że dziecko nie uczy się sylab i samogłosek. W mailach po tym poście. 
Dlatego pokażemy Wam z Polą tę technikę jeszcze raz, na przykładzie samogłosek :)


video


Łatwiej?

Zatem, aby dziecko ZROZUMIAŁO coś, musi mieć to powtórzone. Tu należy dodać, że tak samo rzecz się ma z poleceniami. Kiedy zakładasz dziecku buty mów: "mama zakłada buty", "Franio zakłada buty", "mama zakłada buty Frankowi". I dopiero po takich gadkach oczekuj, że kiedy powiesz "Franio, załóż buty", Franio Cię zrozumie :) Bez gestu :P

Nazywanie to ostatnia para kaloszy. Zazwyczaj najtrudniejsza. Często spotykam w gabinecie dzieci, które na pytanie "gdzie masz nos?" patrzą na mnie jak cielę w malowane wrota. A mama? A mama na to: "on nie jest małpą w cyrku, nie musi pani pokazywać".. hmm.. no nie musi. Więc dotykam nosa i pytam MÓWIĄCEGO dwulatka: "co to?"...... yyyy?? Bo ono nie wie. Bo nos nigdy nie został nazwany hasłem: "to jest nos." Bo uwierzcie mi, że w rozumieniu dwulatka "wydmuchaj nos" i "to jest nos" to dwa różne komunikaty. Nienazwane nie istnieje, jak mawia pewna profesor ;) Dlatego nazywajmy wszystko przy dziecku, czekajmy aż powtórzy. Potem sprawdzajmy czy rozumie, a potem wymagajmy od niego, aby nazywał sam. W ten sposób wzbogacamy jego słownictwo. Jego, nie nasze :)

Nie wiem, czy chcecie wiedzieć skąd zdjęcie :)  Ale świetnie pokazuje hasło: "Tu jest NOS" :))

wtorek, 11 marca 2014

Memory do czytania globalnego

Pomysł na memory przyszedł do mnie znienacka. Niczym kot :) I tak naprawdę to zbieram się od dłuższego czasu, żeby Wam o tym pomyśle opowiedzieć.


Czym jest ten pomysł?
Modyfikacją gry, którą zadała niemiecka nauczycielka dzieciom w szkole, w której uczę. Dzieci w Hamburgu w tej szkole uczą czytać się po niemiecku metodą bardzo zbliżoną do tej, którą ja stosuję po polsku :) Sylabami, a część wyrazów czytana jest globalnie. I zobaczyłam sobie na przerwie jak dzieciaki w to grają i postanowiłam, że zrobię coś takiego samego po mojemu :)


Co zatem znajduje się na kartonikach memory?

Obrazki i napisy :) banał. 
Już nieraz wspominałam Wam, że kilku czasowników i rzeczowników uczymy dziecko globalnie. Po co? Po to, żeby miało poczucie, że czyta (w rzeczywistości po prostu rozpoznaje wyraz), a tym samym większą motywację do dalszej nauki. Dodam też, że samogłoski i sylaby to też są znaki globalne, symultaniczne. Sumując wszystko razem, moje memory wygląda tak:


A wśród kartoników znajdziecie:
a) czasowniki 
b) rzeczowniki
c) samogłoski (A trochę nie wyszło :P)
Zwróćcie uwagę, że czasowniki i samogłoski pisane są na czerwono, a rzeczowniki na niebiesko. To ważna informacja :)

Jak grać? 
Jak kartami :)
a) w memo

b) lub w Piotrusia


Karty do memo globalnego naprawdę się świetnie sprawdzają w pracy z dziećmi. Dodam, że warto je podkleić np. kolorowym bristolem i zalaminować. Będą jeszcze trwalsze i atrakcyjniejsze :) Ja właśnie uciekam po kolorowy papier, jak tylko skończę manufakturę do końca, to postaram się wrzucić zdjęcie :)

PS. A jak chcecie sobie przypomnieć na czym polega nauka czytania metodą symultaniczno-sekwencyjną, to zapraszam na TEN post :)

niedziela, 9 marca 2014

Ona szła, on szedł.. oni idą :)

To będzie dziwny post i nie do końca taki, jakiego się spodziewacie. Dziwny, bo po pierwsze jest niedziela, nie poniedziałek, a po drugie: jutro, tj. w poniedziałek, ruszam w drogę do Hamburga. Again. W związku z tym, chciałam Was przeprosić za to, że Wasze maile nadal nie otwarte, ale.. jak się ma tylko tydzień czasu dla rodziny i przyjaciół w Polsce to - wbrew pozorom - niezbyt dużo spędza się go w Internecie :)

Post dzisiejszy będzie krótki. Naprawdę :))) Krótki, acz treściwy, a opowie Wam o tym, dlaczego w polszczyźnie poprawne używane są czasowniki "szedł" i "szła", choć to ten sam czasownik :) IŚĆ w czasie przeszłym.



Zacznijmy od początku.
Na początku bowiem był Chaos, a z Chaosu wydobył się ród prasłowiański, ze swoim prasłowiańskim językiem (choć czasem mam wrażenie, że Chaos pozostał nadal w rodzie:P). W języku owym obowiązywał czasownik IŚĆ, który w czasie teraźniejszym brzmiał jak "idti", a w przeszłym jak coś między dzisiejszym "szit" a "szyt".



Ten dziubek nad [s] oznacza, że głoskę czytamy jako [sz] (pozostałość np.w  czeskim), a ta literka obok [sz] to jer :) Jer w tym miejscu czytany był jako głoska między [i], [y], a [e]. Co dalej? Dalej zauważcie, że [d] jest oddzielone od [l] (L nie Ł!!!) kreseczką:) Oznacza to, że temat wyrazu kończył się na [d], a [l] jest końcówką, która każe nam odmieniać ten czasownik jako imiesłów czynny czasu przeszłego. Pozwólcie, że nie będę wdawać się w szczegóły :)

Formy zatem czasownika w odmianie przez osoby w liczbie pojedynczej wyglądały tak:


W pierwszej linijce widzicie formę od 3.os. l.p. r.męskiego. Końcówka jest jerem, ponieważ wtenczas żaden wyraz nie kończył się spółgłoską, a samogłoską lub jerem.
Jakiś czas potem jery powooooooooli, pooooowoli zaczęły zanikać i wokalizować się. Licząc w każdym wyrazie od końca, co drugi jer się wokalizował, a reszta zanikała. Dowodem na ten proces jest dzisiejsze "e" ruchome np. w wyrazie "pies" ([e] ruchome to takie [e], które występuje jako oboczność e:zera w tematach rzeczowników, np. p`Es : p0s(a), czy kanarEk : kanar0k(a). Skomplikowane dla tych, co nie lubią gramatyki :P).
Zanik i wokalizacja jerów to proces, który wygląda tak, że od końca wyrazu licząc pierwszy jer skreślamy (zanikł), drugi od końca zamieniamy na [e] (zwokalizował się), trzeci od końca skreślamy, czwarty od końca zamieniamy na [e] itd. Swoista sekwencja gramatyczno-historyczna :) Zatem w podanych przykładach zanik i wokalizacja jerów wyglądały tak:

I teraz wszyscy wymawiamy głośno [SZEDL], [SZDLA], [SZDLO]!! Dwie ostatnie formy trudne są, nie? :) Dla naszych pradziadów też najłatwiejsze nie były, więc je sobie uprościli :) skreślili [d] :) i tak powstały: [szla] i [szlo] :) Potem jeszcze gratisowo [l] przeszło w [ł] (w czasie wymawiania [ł] czubek języka powinien znajdować się na górnych zębach), a w XX wieku na [u] z tym pagórkiem na dole, znanym nam dzisiaj. A głoska ta zwie się [u niezgłoskotwórcze] i wymawiana jest jak dzisiejsze [ł] :)

I to jest właśnie powód, dla którego on szedł, a ona szła :) I powód dla którego kiedy słyszę [szłem] to mną wstrząsa :)

Dzisiejszy post totalnie od czapy. Myślicie, że Wam się podoba? ;)

czwartek, 6 marca 2014

Europejski dzień logopedy

Dzisiaj obchodzimy Europejski Dzień Logopedy.






W związku z tym post trochę inny. Pouzewnętrzniam się, choć jak wyglądam wiecie :P

Miałam pisać o tym, kim są logopedzi, czym się zajmują itp. Ale bez sensu. Pisałam o tym tu i tu. A nawet tu. Jak wygląda mój dzień logopedyczny opisywałam Wam tutaj, a jak wyglądało moje logopedyczne życie bez samochodu w Krakowie dawałam znać tu :)

A jeździłam wtedy wiele :) O, tyle np. w poniedziałki :D



A teraz? Kim jestem teraz?

Dla mamy
Cały czas małą dziewczynką. Calutki. Wczoraj, kiedy wróciłam z Krakowa do domu (130 km, 2 godz. autem) o 22.00 padło: "Mogłaś zadzwonić, że będziesz późno! Przecież miałaś skończyć pracę około 16.00, to na 19.00 powinnaś była być" ;)) ech...

Dla męża
Ten to ma pecha :) Tyle się człowiekowi naopowiadałam, co robię czym się zajmuję (terapia neurobiologiczna, afazja i zabawy na poprawę jakości mówienia poprzez stymulowanie mózgu, terapia neurologopedyczna), a ten ZAWSZE jak widzi mnie na zajęciach (baaaaardzo rzadko), to trafia na reranie. I ma ubaw przedni :) "Ta.. mózg.. [dydydydyd] pewnie znowu będziesz ćwiczyć!" :)

Dla cioć i wujków stąd
Sama nie wiem. Niby Kasią, niby po logopedii.. Niby. Ale jak kilka dni temu ciocia mówi, że jej wnuczka 18 m-cy mówi tylko "mama", "tata" i "jojo". Więc siedzę cichutko i słucham jak to jej wujek też miał ciężką mowę, a teraz proszę!, że tak to jest z niektórymi dziećmi, że... i w końcu cichuteńko wrzucam, że może M. by próbowała nauczyć małą jakiegoś "miau" czy "hauhau", to słyszę.. "Kasiu, to nie tak. To przejdzie. Będziesz miała swoje dzieci, to zobaczysz!"

Dla pacjentów afatycznych
Przyszywaną wnuczką :) Zresztą - szczerze przyznam - ubóstwiam wchodzić w tę rolę, bo - wbrew pozorom - chętniej wtedy ćwiczą :)

Dla "moich" dzieci 
Najczęściej koleżanką do zabawy. Ania wczoraj co chwilka pytała, kiedy wreszcie się przestaniemy bawić i zaczniemy uczyć ;P, a Michał co zajęcia zwalniał mnie z pracy (jeszcze z czasów krakowskich), bo "znowu się bawimy klockami i sylabami, zamiast grzecznie się czegoś uczyć".

Dla koleżanek nie-logopedycznych
Panią od 'sz', 'ż', 'cz', 'dż' i 'r'. Czaaaaaasem od wielkiego dzwonu - panią od niemówiących dzieci. Przy czym dziecko = osobnik powyżej 3.r.ż. :D 
Uświadamiam je.

Dla uczniów w szkole
Panią Kasią od polskiego. Tą zakochaną po uszy w "Panu Tadeuszu", gramatyce i recytującą jakieś dziwne fragmenty wierszy z pamięci :)

Dla hejterów
Sprzątaczką od mycia okien ;) Laską z parciem na szkło ;) Nic nie umiejącym, a tylko ciągle straszącym pseudo-logopedą :) itp. ;) Luuuuuuuuuuuuuuuzik ;)

Dla siebie
Wiem, że mało wiem. Mam mega-kompleksy na punkcie swojej wiedzy zwłaszcza wtedy, kiedy wchodzę w grono znających się na swojej pracy logopedek. Choć to chyba nie kompleksy, a rzeczywista ocena sytuacji.

Dla Was

????????????????

Pzdr :)
K.


poniedziałek, 3 marca 2014

Symboliczne historyjki obrazkowe.

Symboliczne historyjki obrazkowe to już wyższa szkoła jazdy. Dlaczego "symboliczne"?? Bowiem nie ma na nich ludzi, są same przedmioty. I na podstawie tychże przedmiotów trzeba ułożyć historię.

Przykład? Hmm...

rys. 1. pomarańcza i szklanka
rys. 2. szklanka z połową soku pomarańczowego i pół pomarańczy
rys. 3. pusta szklanka (brudna) i skórka z pomarańczy.

O czym nam mówi taki zestaw obrazków? Ano o tym, że ktoś miał ochotę na świeżo wyciskany sok z pomarańczy. I że sobie takowy zrobił i wypił... Niby proste, ale dla dzieci - niekoniecznie. Zwłaszcza tych, które mają problem z myśleniem symbolicznym.. Bo niby jak się zrobił sok, skoro na obrazku NIKT go nie robił? No jak?? :) 


Albo jak ułożyć w kolejności takie obrazki?





Niełatwe, nie?


Dlatego takie myślenie - myślenie symbolami trzeba z dziećmi ćwiczyć. Na przykład po to, żeby kiedyś umiało odczytać "na szybko" znak drogowy czy komunikat pisany piktogramem. 
O tym, jak uczyć przechodzenia z konkretu do symbolu pisałam już :)
Jak ćwiczymy historyjki obrazkowe symbolami, jeśli dziecko już samo pojęcie symbolu ma?
Banalnie jak zawsze:)
Przygotuj zestaw zdjęć lub obrazków bez osób, np. zdjęcie więdnącego kwiatka, konewki i kwiatka w pełni. Potem poproś dziecko, aby ułożyło zdjęcia we właściwej kolejności. Pamiętaj tylko o tym, że przy układaniu dziecko MUSI mówić, co się na tym obrazku dzieje, np. "Kwiatek więdnie, mama podlewa kwiatek i on jest znowu piękny."

A powyższe obrazki powinny być ułożone w tej kolejności :)



Dlaczego?

Ano dlatego :D


ZATEM: Miłego dnia!! ::))))

ps. kilka zdjęć ściągniętych z:
a) www.forumromanum.com
b) www.bazakolejowa.pl
c) www.autocentrum.pl
d) www.wydawnictwo-pik.pl